Od kilku dni słucham nałogowo muzyki indiańskiej. Znowu czytam Karola Maya. Wracam do swoich literackich korzeni, uspokajam się wewnętrznie. Uciekam w głąb siebie i z radością zauważam, że niewiele rzeczy jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Świat stał się piękniejszy i spokojniejszy.
Słońce tak nie razi i nie grzeje. W ustach nie ma gorzkiego posmaku porażki, jest słodycz zwycięstwa. Nad sobą. Chyba nawet polubię lato. Nie jest takie złe, to nie jego wina, że mi latem nienajlepiej.
Wsłuchuje się w rytm indiańskich tańców. Przymykam oczy.
Marzę.
Chciałabym, naprawdę chciałabym uciec na jakiś czas do Ameryki Północnej, do Rezerwatu Indian. (Chociaż ten rezerwat brzmi, jakby oni byli zwierzętami. To takie smutne i straszne, co biały człowiek potrafi zrobić.) Zaszyć się tam i zapomnieć na chwilę. Wiem, to już nie to, co opisywał May w "Winnetou". I kto wie, czy kiedykolwiek tak było. A jednak to inna kultura, więc i inny świat. Ciekawy, pulsujący, jeszcze żywy.
Kiedyś pewnie zginie, przez nasze – białych – zapomnienie. Odejdzie, jak odeszły starożytne cywilizacje. Człowiek to bestia. A biały jest – nie ukrywajmy – najokrutniejszą z nich.
Tak, pewnie zaraz podniosą się głosy sprzeciwu.
Wybaczcie – nie zamierzam ich słuchać. Nie zmienię tego zdania, bo to jest po prostu prawda. Ktoś sobie kiedyś ubzdurał, że rasa białych jest dominującą, że świat należy do nas. I konsekwentnie te bzdury urzeczywistniamy, kolonizując tereny, które nam się nigdy nie należały.
Tak, jesteśmy władcami świata.
Świata, w którym nic, co inne, nie ma racji bytu. To, co nie odpowiada narzuconym normom się usuwa, czasem okazuje się pozorną litość – nie zabija od razu, skazuje na powolną agonię, noszącą pozory miłosierdzia. Ale to tylko pozory.
Cały ten nasz świat, do którego tak bezczelnie rościmy sobie prawa, to gra pozorów.
Jesteśmy bezczelni.
Naprawdę.
Z Afroamerykanów czyniliśmy sobie niewolników. Z Indian zrobiliśmy ofiary. Rasę zagrożoną, na wymarciu. Łamaliśmy pakty, słowa, przymierza. Zabijaliśmy z nudów, dla rozrywki. W końcu upokorzyliśmy, zamykając w rezerwacie jak zwierzęta.
Czemu liczba mnoga?
Bo to MY biali. Nikt nam w tym nie pomógł.
Niszczymy swój świat konsekwentnie. Zabijamy różnorodność.
Teraz robimy to po cichu, bo modne jest słowo „tolerancja”.
Nastały nowe czasy?
Ależ skąd. Przejdźmy się ulicą. No dalej!
Nadal na widok pary mieszanej (Afroamerykanin, biała kobieta lub na odwrót) odwracamy głową i posykujemy gniewnie.
Bo to przecież nienormalne.Nasza tolerancja, jest tolerancją z nazwy. Z niczego więcej.
A teraz zastanówmy się na chwilę.
Co powiedzą o nas przyszłe pokolenia?
Czy będą dumni z takich przodków?
Z morderców, szyderców, kłamców?
A czy MY pokolenie XXI wieku, jesteśmy dumni z Corteza?
Nie oszukujmy się. Jesteśmy i to bardzo.
Jesteśmy dumni z mordercy.
Równie dobrze moglibyśmy być dumni z Torquemady.
Ale nie, nie jesteśmy.
Wiecie, dlaczego?
Bo Torquemada mordował rasę białą, europejczyków. I wyznawców Judaizmu. Ale przede wszystkim europejczyków, których tak lekko oskarżał o herezję.
Jego potępiamy, zabójcę rasy białej, rasy panów.
Ale pamięć Corteza czcimy.
Wielkiego odkrywcę!
I wielkiego mordercę.
Kończę, chociaż mówić mogłabym jeszcze długo.
Ale to nie ma sensu.
skomentuj (3)
Połowa wakacji niemal za mną, zmieniło się wiele – czy na lepsze, pozwolę sobie przemilczeć. Zmieniło się po prostu. Poznałam wiele wspaniałych osób, za wszystko im serdecznie dziękuję. Zawiodłam też nie raz, ale cóż – to przecież ludzkie. I nie, nie zamierzam za to przepraszać, bo tak naprawdę – nie mam, za co. Dowiedziałam się, na kogo naprawdę mogę liczyć, kto będzie tuż obok – jeszcze za wcześnie na słowa, na określenia. Za późno na krok do tyłu. Na szczęście nie chcę go robić, dużo lepiej mi, gdy nie oglądam się za siebie, gdy twarze ludzi, o których chcę zapomnieć rozpływają się we mgle. A teraz do rzeczy – nie, nie zamierzam mówić o malinach z jogurtem, które tak przy okazji są niesamowicie smaczne. Chcę Wam napisać coś o refleksjach, coś, co pozwoli Wam, jeśli zechcecie zajrzeć w głąb mojego zwichrowanego, chaotycznego umysłu napędzanego kofeiną i muzyką. O czym zatem? Już mówię, czy raczej piszę. W tempie ekspresowym, postaram się wyłożyć o co mi chodzi. Zajrzałam dziś na bloga Maffi i jej notka zmobilizowała mnie do takiej mojej małej wewnętrznej wędrówki. Do wspomnień, do łez. Generalnie rzecz ujmując do wszystkiego.
Bo Maff napisała coś ważnego:
I aż mnie zaczęło dławić, gdzieś tam, w środku. Może i w sercu, co za różnica?
Ale nie tylko to, skłoniło mnie do refleksji, chociaż to, do tych boleśniejszych - osobistych. Ale raczyć Was nimi nie mam ochoty. Zatem...
Co skłoniło mnie do innego rodzaju przemyśleń?
Widział ktoś z Was film "Kto nigdy nie żył"?
Nie? Nadróbcie, bo warto, mimo że jest trochę kiczowaty, przesadzony...Ale za jedną scenę jestem w stanie wybaczyć wszystko..
Możecie sobie ją obejrzeć TUTAJ i proszę zróbcie to, zanim przejdziecie dalej. Już się domyślacie, o co chodzi?O Podziały.Bo akurat ta sytuacja przesadzona nie jest. Czysta prawda, przynajmniej dla mnie – na każdym pogrzebie, w którym miałam nieprzyjemność uczestniczyć tak było.Tu stała rodzina, tu biegła linia, a tam przyjaciele. Czasem trochę inaczej. Tu przyjaciele, tam linia, a rodziny nie było – ale… nie o tym miało być.
A o czym właściwie?
A tak, podziały.
Między znajomymi, a rodziną.
Zauważcie, usłyszcie słowa – „Ona nie miała, dokąd wrócić…” – jak często tak się dzieje? Za często. Powiem szczerze – film, jak dla mnie starczy za słowa, których mi brakuje.
Życzę owocnych i bardziej składnych przemyśleń niż moje…Obyście nigdy, nie musieli stawać po jednej ze stron.
W debacie biorę udział po raz pierwszy, czy ostatni - nie wiem. Nie będę teraz tego rozstrzygać, nie czas i nie miejsce na to.
Autorytet, kto to taki?
Dla mnie jest to wzór pewnych zachowań, zasad, które sama chciałabym mieć, których chciałabym przestrzegać. Osoba bardziej doświadczona, inteligentniejsza, taka, która szła drogą podobną do mojej, i doszła tam - gdzie sama chciałabym dojść. Nie oznacza to bynajmniej, że autorytet musi być kryształowy, nie. Musi być ludzki.
Jeśli miałabym podać przykład mojego autorytetu, musiałabym się mocno zastanowić, bo byłby to niejeden. I najczęściej taki, nie oklaskiwany przez innych, taki nieznany, nie promowany przez media. A z tych znanych?
Profesor Władysław Bartoszewski, czy zmarły tragicznie profesor Bronisław Geremek, może generał Jaruzelski?
Dlaczego?
Tłumaczyć się z zapatrywań politycznych, które odbiegają od aktualnie przyjętych norm się nie będę, ale... zaczynając odGenerała. Za moment, w którym uprzejmie zrzekł się medalu, który chciał odebrać mu(niesłusznie moim zdaniem!) obecnie rządzący krajem prezydent(którego osobiście nie lubię, a jego postępowanie budzi mój sprzeciw). Za zdecydowanie i klasę, którą wtedy pokazał. Też chciałabym tak umieć. A obu Profesorów cenię za postawę propolską, bez zabarwienia nacjonalistycznego, bez zbędnego zacietrzewienia. Za ogromną wiedzę i dystans. Tak, są to dla mnie wzory. Nie oceniam całości ich biografii, nie mnie wnikać w czasy komunistyczne, czasy trudne i - moim zdaniem - nie do osądzania przez ludzi, których tam nie było. Generalnie staram się być apolityczna, od wszelkich partii i ugrupowań politycznych trzymam się z daleka.
Ale znowu pozwalam sobie na dygresję, cóż w tak chaotycznym umyśle jak mój - zdarza się to nader często. Wracając do tematu, do autorytetów i systemu wartości - w temacie debaty podano przykład pokolenia odchodzącego, nazwano ich pokoleniem ludzi o silnych charakterach. Zadano kilka pytań, na które chciałabym odpowiedzieć, a przynajmniej spróbować to zrobić.
Skąd się biorą wielkie autorytety?
Ze społeczeństwa. Jednostki silne, o faktycznie mocnym charakterze, o poprawnych politycznie ideach zgodnych z zapatrywaniami społeczeństwa, bohaterowie z przypadku, lub konieczności - oto Wielkie Autorytety. Ludzie - nie ludzie, pozbawiani konsekwentnie wszystkich wad, kryształy, o wybielonej przeszłości i nieludzkich, wyolbrzymianych przez media zaletach. Tak tworzy się wielki, publicznie chwalony autorytet. Często pokrywa się to z prywatnymi zapatrywaniami, czasem nie, ale i tak nikt się nie kłóci. Owszem to pokolenie odchodzi, odchodzą ludzie naprawdę wartościowi, wobec których moje słowa są pewnie krzywdzące. Bo oprócz medialnej kreacji jest też rzeczywista postawa godna naśladownictwa, godna zapamiętania.
Przykłady?
Wymienione powyżej, p. Bartoszewski, p. Geremek, czy nie wymieniony przeze mnie Jan Paweł II. Osoby, które warto zapamiętać, warto czerpać z ich postaw wielkimi garściami.
Kolejne pytanie:
Dlaczego dziś już nie ma takich ludzi?
A nie ma? bo ja uważam, że są, mniej nagłośnieni, mniej popularni ale wciąż obecni, chociaż ze znanych nazwisk trudno byłoby mi kogoś dopasować do tego wizerunku. Wiem kogo nie zaliczyłabym do tej grupy, ale znowu wkroczyłabym na grząski grunt politycznych dywagacji i zapatrywań osobistych.
Kolejne, ostatnie już pytanie zadane w debacie :
Czy w kraju w czasach pokoju możliwe są w ogóle wielkie czyny?
TAK! Jak najbardziej. Mylnym jest bowiem kojarzenie wielkich czynów z działalnością zbrojną. Z działaniami wojennymi. Teraz te czyny muszą nabrać innego charakteru niż bieganie z bronią i zabijanie zaborcy. Obrońcy kraju i patrioci wszelkiej maści powinni uzbroić się w inny oręż - inteligencje i zdolności dyplomatyczne, aby nie ośmieszać kraju poza granicami - i nim walczyć o poprawę sytuacji. A gdy komuś się to uda, będzie to zaiste WIELKI wyczyn.
To powyżej jest jednym ze znaków kanji(i mam nadzieję, że wykonałam go poprawnie, chociaż pewności nie mam), które przez ostatni tydzień rysuję, czy też raczej piszę z uporem, godnym zapewne lepszej sprawy. Ta pasja, powróciła do mnie w innym wymiarze, niż obecna była przedtem - teraz wiążę z nią konkretne plany, do realizacji których zaczęłam się już przygotowywać, jednak pisanie tych znaków traktuję ciągle raczej jako zabawę, ewentualnie wprawkę, przed tym co, być może niedługo będę robić. Ale to nie miejsce, i nie temat do tego, aby opowiadać o moich życiowych planach, czy aspiracjach, chociaż rozważania o znaczeniu tych znaczków świetnie nadają się na wstęp do tematu, który nakreśliłam w tytule tego wpisu.
Ten znak, jest japońskim zapisem słowa „przyjaciel”. Jednego z niewielu słów w moim słowniku, których nie używam często. Do tego wachlarza należy również „kocham cię”. I to w zasadzie zamykałoby tą listę. Tylko te słowa – chociaż ja nie rzucam słów na wiatr, staram się unikać składania pustych obietnic i niemożliwych do spełnienia zapowiedzi – mają znaczenie. Przyjacielem nie nazwę każdego kolegi, czy znajomego – na ten tytuł trzeba sobie zasłużyć, trzeba zdobyć moje zaufanie, bo wobec „prawdziwego” przyjaciela nie uznaję niedomówień i barier stworzonych z małych kłamstw maskujących niedomówienia. Muszę mieć niezachwianą pewność, że osoba, która usłyszy ode mnie w stosunku do siebie słowo przyjaciel, nie ucieknie przy pierwszym załamaniu, będzie obok, gdy powinie mi się noga, gdy upadnę i przytrzyma, nie pozwoli rozbić głowy o twardy bruk świata. Dlatego drażni mnie, gdy słyszę wśród mojego otoczenia zapewnienia o dozgonnej przyjaźni, która niewątpliwie skończy się wraz z ostatnim szkolnym dzwonkiem, z ostatnim wspólnie wypitym piwem. Ja mam jasny podział, który stosuję wobec ludzi, których znam: są znajomi, są koledzy/koleżanki, są przyjaciele - chociaż do tej ostatniej grupy do niedawna wchodziła tylko jedna osoba, a teraz - nie zalicza się do niej nikt. Znajomych mam wielu, każdy kogo poznam, zalicza się do tej grupy. Znajomego nie muszę lubić, nie muszę spotykać się z nim często - muszę go znać. To jedyny warunek. Kolegów i koleżanki lubić już muszę, wypadałoby utrzymywać z nimi kontakt, niekoniecznie fizyczny, ale jednak, taki, aby wiedzieć, co dzieje się u tej drugiej osoby. Są koledzy i koleżanki lepsi i gorsi - dla tych pierwszych, gdyż też tworzy ją niewielki procent ogółu jestem gotowa zrobić wiele, niekiedy skoczyć w ogień. Przyjaciół jak już zauważyłam wcześniej w chwili obecnej nie posiadam, chociaż są osoby bliższe temu tytułowi, niż im się wydaje, jednak nie czas jeszcze na to. Dla przyjaciół, tych prawdziwych, jestem gotowa poświęcić wszystko, bez zastanowienia skoczyłabym w ogień, gdyby to miało tej osobie pomóc. Przyjaciel jest dla mnie kimś równie bliskim, co osoba ukochana(celowo piszę osoba, w moim przypadku rozróżnianie płci jest bezcelowe), tylko związek, który łączy mnie z przyjacielem jest czysto emocjonalny, nie podszyty żadnymi podtekstami erotycznymi. Z przyjacielem/przyjaciółką do łóżka nie pójdę, bo wtedy znika przyjaźń, a jej miejsce zajmuje układ. A układ to gra, w której emocje schodzą na drugi plan, stają się zbędnym i irytującym dodatkiem.I tak, serwując Wam mój podział doszłam do tematu głównego, do zanikania znaczeń wielkich słów. Przyjacielem połowa społeczeństwa nazywa każdego, prawie każdemu mówi "kocham Cię", a jeszcze częściej serwuje to wyznanie w postaci sms'a, bo za ciężko zadzwonić, bo szkoda minut, na osobę teoretycznie ukochaną.Dla mnie, jeśli słowa tego typu jak "kocham Cię" padają za szybko, tracą na wartości, stają się czymś takim jak "dzień dobry", dlatego ja przedkładam gesty i milczenie nad słowa, które są niepewne.Wszystko to, co ma szanse trwać dłużej rodzi się w ciszy, bo jeśli umiemy bez skrępowania milczeć przy drugiej osobie, znaczy to, że słowa są zbędne, że na poziomie pozawerbalnym - który dla mnie jest ważniejszy, rozumiemy się z tą osobą doskonale - a skoro tak, jesteśmy też zrozumieć bezbłędnie ten słowny przekaz, bo zauważymy czające się za nim emocje. Bo słowa to tylko dźwięki, które powinny je nieść, jednak teraz robią to coraz rzadziej. Częściej niosą suche informacje, czy służą do tego, żeby ranić, dlatego ich unikam.Wracając jednak do myśli przewodniej - to znaczy do zanikania znaczenia słów, miałam ostatnio w ręku słownik języka japońskiego. Zaskoczył mnie fakt, że Japończycy mają dwa określenia będące odpowiednikami polskiego "kocham": „ai shiteru” – zarezerwowane dla osób szczególnych, używają go osoby szczególnie zaangażowane emocjonalnie. Używa się go rzadko i jest ono naprawdę silnym zapewnieniem o miłości. Innym wyrażeniem jest „wo ai ni” które jest, jak mi się wydaje słowem używanym częściej, mniej silnym. I o ile co do definicji poprzedniego, słownik wątpliwości nie pozostawiał, to potraktował po macoszemu, i dokładniejszych wskazówek na temat interpretacji nie zostawił, wydaje mi się jednak, że mój tok rozumowania jest poprawny. I myślę, że tak jest lepiej, bo dzięki temu istnieje pewne rozróżnienie, pomiędzy tą jedyną osobą, która usłyszy od nas „ai shiteru”, a partnerem, których w ciągu życia, ma się zwykle kilku, którzy słyszą „wo ai ni”Na zakończenie podsunę Wam tekst jednej z moich ulubionych piosenek, która świetnie pasuje do tematu i niemal idealnie odzwierciedla moje zapatrywania na niego. Jest to utwór wykonywany przez Katarzynę Nosowską i Renatę Przemyk, pod tytułem „ Kochana”
Bo wiem że jeśli zjawię się
To w progu będziesz stać
I zdejmę płaszcz podszyty lękiem
Gdy przy mnie i przy nikim więcej
Twoja jasna twarz
Dajesz mi niepokorne myśli i niepokje
Tyle ich wciąż masz kochana
Nie myśl że nie miniemy nigdy się
Choć łatwiej razem iść pod wiatr
Podtrzymywałaś moją głowę
Nie roztrzaskałam skroni
O podłogę - póki co
Przed snem wypowiedz moje imię
Przybęde wraz ze świtem
Proszę nie śpij - jestem już
Jak już pisałam poprzednio, nadmiar herbaty owocuje we mnie ogromną chęcią czytania. Są wakacje, a mój umysł nadal jest zasypywany informacjami pozornie zbędnymi - czyli powtórka z gramatyki języków polskiego i angielskiego, słownictwo angielskie i tak zwany "listning", zatem książka wybrana przeze mnie na towarzysza wakacyjnych wieczorów musiała być lekka, łatwa (ale nie ogłupiająca) i przede wszystkim - przyjemna.
Najpierw spojrzałam na swoją prywatną biblioteczkę, półkę zapełnioną fantastyką, książkami Karola Maya i - uwielbianą przeze mnie - nieco sfatygowaną i "niedzisiejszą" serią Pana Samochodzika.Chociaż książki te darzę niebywałym sentymentem i każdą z nich czytałam więcej niż dwa razy - żadna nie była tą, na którą mam w tym momencie ochotę. Zostały mi zatem trzy wyjścia - wyprawa do Empiku i zakup jakiejś ciekawej pozycji (na pierwszym miejscu listy znajduje się obecnie Witold Jabłoński i seria o magu Witelonie, którą poleca Hekate), mozolne poszukiwanie ebooków w internecie (których i tak często nie ma, a jak są - ściąganie ich doprowadza do szewskiej pasji), albo wyprawa do biblioteki, a przedtem wstukanie w swojej przeglądarce OPAC i dokonanie wyboru książek on-line. Jako, że mój portfel zawierał w sobie oszałamiającą sumę 6 złotych, wizytę w Empiku mogłam sobie odpuścić, po pobieżnym przejrzeniu sieci doszłam do wniosku, że i tu niczego ciekawego nie znajdę, zostało zatem wyjście trzecie, czyli OPAC i biblioteka.
Na pierwszy ogień poszła saga Jabłońskiego, ale tu strzał był chybiony. W zapasach bydgoskiej biblioteki o Jabłońskim nie słyszeli.
Chwila namysłu i kolejne nazwisko - Terakowska Dorota. I znowu pudło, bo to co mieli zdążyli wypożyczyć. Zajrzałam zatem na Forum Lunatyczne, do działu Literaturownia i tematu "Co lubimy czytać", by poszukać propozycji lektury. Pierwszym wymienionym nazwiskiem był Pratchett, za którego absurdalnym poczuciem humoru przepadam, więc właśnie on stał się kolejnym wpisem w OPACowskim katalogu. Trafiony zatopiony i pozycje "Ciekawe czasy", "Ciemna strona słońca" i "Dobry Omen" (pisany wspólnie z N. Gaimanem) zostały zamówione. Pragnienia czytacza niemal zaspokojone.
Jednak, by Pratchetta przełknąć, potrzebny mi jest katalizator. Coś, w czym jeśli absurd jest, to w postaci prawdopodobnej, rzeczywistej i absolutnie nie fantastycznej.
Mój wybór padł na "Czarną polewkę" autorstwa Małgorzaty Musierowicz.
O wrażeniach z lektury - jak skończę chociaż jedną pozycję.
Prawdopodobnie niedługo, bo czytam wieczorami, a cierpię na bezsenność.
Na pierwszy ogień pójdzie któryś z Pratchettów, ale nie Dobry Omen, bo to już kiedyś czytałam.
Ale!
Część pierwszą tematu, który sobie narzuciłam, zdaje się, że zrealizowałam. Co z jego drugą częścią?
Spokojnie, już przechodzę do rzeczy.
"(...)W dobie komputerów sztuka czytania zanika, zwłaszcza wśród dzieci(...)".
Brzmi znajomo? Powinno, bo ten tekst znajduje się na okładkach polskiego wydania Harry'ego Pottera. Książki-fenomenu, który tym słowom zaprzecza. Niestety, jest to przypadek odosobniony. Coraz mniej ludzi, nie tylko dzieci i młodzieży czyta. Większość wybiera telewizję, kino, czy internet. A to przecież zubaża umysł, niszczy wyobraźnię. Książka zmusza nas do myślenia, wymaga choćby minimalnego wysiłku myślowego, w telewizji, czy internecie wszystko mamy podane jak na srebrnej tacy. Zero wkładu własnego w wykreowanie postaci. Przyjmujemy ją taką, jaką widział ją reżyser. Nie dajemy sobie nawet szansy, na stworzenie własnego wizerunku, korzystamy z gotowca.
Dlaczego? Bo tak jest łatwiej.
Kolejny dowód na zanik sztuki czytania? Proszę bardzo: uczęszczam do klasy humanistycznej, z rozszerzonym programem nauczacia języka polskiego - wydawałoby się klasa moli książkowych, a tymczasem okazuje się, że ponad połowa osób z tej klasy nie czyta nawet lektur, o książkach wybieranych samodzielnie nie wspominając. W innych klasach to samo. Pojedyncze jednostki korzystają ze szkolnej biblioteki, w celach innych niż możliwość posłużenia się komputerem z dostępem do internetu .
Może, ktoś zechce powiedzieć, że owa biblioteka nie zachęca, że pewnie nic w niej nie ma, jak w większości przybytków tego typu. Nieprawda. Książek mnóstwo, różnorodne, często te najnowsze, z półki oznaczonej "bestseller"(do których ja zwyklę podchodzę z dużą ostrożnością, bo to, że coś jest bestsellerem nie oznacza jeszcze, że książka jest strawna). A i tak pozycje po które jest kolejka to lektury. Wydania z opracowaniem oczywiście, bo po co się wysilić i samemu szukać odpowiednich fragmentów? Przecież to wysiłek, a po co się wysilać! Szkoda na to czasu! Na przeczytanie lektury też szkoda, lepiej włączyć komputer i przejrzeć streszczenie.
Tylko potem, jak trzeba coś samemu napisać, to słów brakuje i pojawiają się różne "kfiatki", łuszka zamiast łóżek, słychać skszypniencia zamiast skrzypnięć podłogi. Jeśli coś jest pisane na komputerze, pół biedy - word wychwyci pomyłki i poprawi, bo ma opcję autokorekty. Gorzej jak tej opcji nie ma, albo praca nie jest pisana w wordzie, tylko na lekcji. Wtedy zaczyna się dramat. Czytelnika, którym w takich wypadkach jest nauczyciel. I piszącego, bo efektem tego jest ocena składająca się z jednej, dwóch lub trzech kresek, ale nawet rządek takich ocen niczego nie zmienia.
Bo czytanie męczy, bo jest nudne, bo trudne. Bo książki mają za dużo stron, bo trzeba myśleć nad tym co się czyta... I na takim gruncie rośnie społeczeństwo ignorantów i wtórnych analafbetów, którzy będą umieli się tylko podpisać. A i to, będzie sztuką i znakiem wykształcenia.
Tak, jak było w Średniowieczu.
Tym razem monolog nie jest wynikiem nadużywania herbaty, ani tym bardziej kawy.